Link 19.03.2010 :: 18:41 Komentuj (6)

Z archiwum mojego bigbitu (1)


Przed Beatlesami, rockiem i całym tym Muzycznym Szaleństwem, w moim życiu zaistniało (na krótko) wielu bardzo, ale to bardzo dziwnych wykonawców. Płytoteka (przechowywana w najniższej szufladzie kredensu) zasadniczo należała do My Loving Parents, ale zdarzało mi się tam zaglądać i - niestety - słuchać. Niechaj potomność mi to wybaczy. Wszak w przedszkolu i podstawówce wszyscy robiliśmy rzeczy straszne i haniebne.


Zaczynamy ostro. Tego zawodnika nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Mielim w domu trzy jego długograje. Zaśpiewane w różnych narzeczach, gdyż był to Artysta wysoce międzynarodowy.


.






Link 20.03.2010 :: 16:36 Komentuj (0)

Z archiwum mojego bigbitu (2)


W zasadzie to nigdy nie słuchałem Sipki z jakąkolwiek, najmniejszą nawet namiętnością. Pamiętam, że przez jakiś czas myliła mi się z Marylką. Natomiast bardzo (rzekłbym, że szaleńczo) podoba mi się ta okładka...


 




Link 20.03.2010 :: 19:28 Komentuj (3)

Z archiwum mojego bigbitu (3)


W tym odcinku pragnąłbym przedstawić Trzech Amigos, którzy przez krótki czas odgrywali w mojej muzycznej edukacji niepoślednią rolę. Całej trójcy słuchałem niestety intencjonalnie, bez przymusu i po wielokroć. Zacznijmy od Krzysieńka. Dobra płyta, bez słabych momentów. Niektóre piosenki przez sentyment jestem w stanie strawić nawet dzisiaj...



Do następnego zawodnika miałem sentyment szczególny. Płytę nabyłem osobiście U Mietka na Asnyka. Do teraz nie rozumiem niektórych moich gustów, pasji oraz poczynań...



Na koniec mój wielki idol, któremu poświęciłem już niejedną strofę. Co mnie zawstydza najbardziej, jego piosenki wykonywałem przy rozmaitych okazjach, na przykład na organizowanych corocznie w mojej podstawówce Konkursach Piosenki Dziecięcej...





Link 22.03.2010 :: 01:07 Komentuj (4)

Z archiwum mojego bigbitu (4)


Czas na killersów, czyli Artystów, którzy definitywnie jechali po bandzie. I za to ich kochamy... Na początek Afrik, traktowany przez wielu z przymrużeniem oka, ale... bolesna prawda jest taka, że na długo zagościł on w sercach naszych i przez wiele lat żadna impreza, prywatka, potańcówka czy party nie mogły się odbyć bez jego Hafanana czy Ramaya 



Teraz mój prywatny killer. Singielek nabyłem w pawilonie handlowo - usługowym Bolko, a dokładniej w kultowym tonpresie, prowadzonym przez moich sąsiadów z podwórka. Po czym - wraz z kolegą G. z ostatniej klatki - długo i z zapartym tchem raczyliśmy się jego zawartością.



Tej cyrkowej trupy przedstawiać nikomu nie trzeba. Czego tam nie było... Światło, dźwięk, ognie, dymy, zmutowane dzieci i śpiewy po rosie. Na zdjęciu pierwszym, świetnie znany polski oryginał. Na fotografii kolejnej oryginał bodajże enerdowski.




Na koniec dzisiejszego odcinka prawdziwa dyskotekowa Bomba. Jeden z moich kolegów tak usilnie pożądał lansowanych przez kapelę koralików do włosów, że aż rozebrał domowy ogrzewacz powietrza typu Słoneczko.






Link 24.03.2010 :: 17:05 Komentuj (1)

Z archiwum mojego bigbitu (5)


Dziś pragnąłbym przedstawić dwa nadzwyczaj szczególne krążki, które bardzo silnie odcisnęły się na mojej dziecięcej psychice. Kochałem te płyty i - co tu kryć - słuchałem ich na okrągło. Oczywiście wszystkie teksty miałem obryte na blachę. Fenomen tych wykonawców był niezwykle prosty - w ich piosenkach roiło się od apaszów, cwaniaków, zabijaków i innego szemranego elementu, który bardzo działał mnie na wyobraźnię. Kiercelaki, dzikie i krwawe imprezy, zemsty za zdradę i latające kufle - to było moje życie. A to wszystko w pięknym, poetyckim sosie, do którego nie raz i nie dwa dorzucił parę słów Artysta Młynarski...


Wielkaż była uciecha gości oraz domowników, gdy na imprezach rodzinnych występowałem spowity w różową koszulę i gustowny pulowerek, wyśpiewując co lepsze apaszowskie kawałki, gęsto przetykane szmondakami, flimonami oraz lebiegami - niewidymkami...






Link 27.03.2010 :: 17:04 Komentuj (1)

Z archiwum mojego bigbitu (6)


Nie mam przekonania do tego odcinka moich kombatanckich wspomnień. Bo to nie mój bigbit. Chłopacy wchodzą do zestawienia tylko dlatego, że kojarzą mnie się szczególnie. Na niekorzyść, ale kojarzą.



Jurek to była wielka miłość My Loving Mother. I to nas zawsze dzieliło, bo wszystkich artystów z epoki byłem w stanie zdzierżyć poza Połomskim. Przy najszczerszych chęciach.  



Ten Pan z kolei był czerwoną płachtą na Ojca Mego. W szczególności zaś jego występy estradowe, których My Loving Father nie był w stanie tolerować. Był bowiem zdania, że Cwynar porusza się na scenie tak, jakby deptał kapustę. Cytuję dosłownie... 




powered by Blogi i Fotoblogi